MIESIĘCZNIK SPOŁECZNO-POLITYCZNY

Inni piszą tylko
o pogodzie...


Internetowa strona naszego pisma zawiera tylko niektóre artykuły bie- żącego numeru, często ich wybra- ne fragmenty.

Nie zapomnij
o prenumeracie
wersji drukowanej


Wszyscy prenumeratorzy otrzyma- ją w prezencie najnowsze książki z serii Biblioteka LMD!



Aktualne numery Le Monde diplo- matique można także nabyć w sieci Empików oraz w salonikach praso- wych Ruchu i Kolportera.

Więcej o prenumeracie

Numer bieżący Archiwum Prenumerata Biblioteka LMD Redakcja Kontakt
NR 12 (22)  GRUDZIEŃ 2007

 WYBRANE ARTYKUŁY

W numerze grudniowym

Ignacio Ramonet
Pakistan

Tadeusz Kowalik
Barwy ochronne Donalda Tuska

Magda Qandil
Po konferencji w Annapolis

André Schiffrin
Pieniądze na pluralizm mediów

Jean-Claude Monod
Konstytucyjny radykalizm

Alain Bihr
Kapitał... ludzki


 KOMENTARZE I POLEMIKI

Maciej Wiśniewski
Drugi Meksyk Donalda Tuska

Michał Kozłowski
Mit wielkiego skoku
LMD - październik 2007


 WARTO PRZECZYTAĆ

Jean Bricmont
Lewicy rok 01
LMD - wrzesień 2007

Roman Kuźniar
Tarcza zimnowojennej iluzji
LMD - marzec 2007

Karol Modzelewski
Jaruzelski utorował
drogę Balcerowiczowi

LMD - grudzień 2006

Richard Sennett
Miasto obcych sobie osób
LMD - październik 2006

Immanuel Wallerstein
Czy kapitalizm przetrwa 500 lat?
LMD - maj 2006

Pierre Bourdieu
O europejski ruch społeczny
LMD - kwiecień 2006


 BIBLIOTEKA LMD

Etienne Balibar, Filozofia Marksa


Wirus liberalizmu Samira Amina to waż- ny głos w sprawach globalizacji, wojny i amerykanizacji świata.


Etienne Balibar, Filozofia Marksa


Filozofia Marksa Etienne’a Balibara jest jedną z najważniejszych książek po­ś- wię­co­nych myśli autora Kapitału.

Wszystkie pozycje Biblioteki LMD są pre- zentem dla pre­nu­me­ra­to­rów edycji pol- skiej Le Monde diplomatique!

Do nabycia również w księgarniach i Em- pikach lub do zamówienia bezpośrednio w redak­cji LMD (za zaliczeniem pocz­to- wym w cenie 20 zł za egz. plus 10 zł za prze­sył­kę) pod adresem ele­ktro­nicz­nym:

redakcja@monde-diplomatique.pl

Drugi Meksyk Donalda Tuska

Po wygłoszeniu exposé i przedstawieniu pierwszych zamiarów okazało się, że nowy premier chce na wielu płaszczyznach godzić ogień z wodą, a jego program to generalnie zbiór oksymoronów. Jednym z takich ambitnych zadań ma być pogodzenie na jednej płaszczyźnie sprzecznych interesów ludzi pracy i kapitału. Narzędziem do tego ma być tzw. „liberalizm społeczny”.

Orędowniczką podobnego „liberalizmu społecznego”, jaki wyłonił się z expose Donalda Tuska była już prawie dwie dekady temu Partia Rewolucyjno Instytucjonalna, PRI (sama jej nazwa jest już sprzecznością!) sprawująca w latach 1929-2000 autorytarne rządy w Meksyku. Zobaczmy z jakim skutkiem.

PRI wyłoniła się z Rewolucji Meksykańskiej (1910-1929) jako „partia państwa” i w całości zdominowała scenę polityczną. Narodziła się jako partia centrowa, lecz w swej historii kilkakrotnie zmieniała swą pozycję i treść ideologiczną. W latach 30. przyjęła wyraźnie lewicową i „pro-ludową” postawę, by w następnych dekadach powrócić na środek sceny politycznej, a od początku lat 80. pójść bardziej na prawo i zająć zdecydowanie neoliberalne i „anty-ludowe” stanowisko. Mimo, że rządziła twardą ręką i nie wahała się odciąć każdej innej, podniesionej na władzę, przetrwała tak długo dzięki zdolności godzenia różnych sprzecznych wewnątrzspołecznych interesów oraz wykluczających się interesów świata pracy i kapitalistów. Czyniła to zarówno polityką represji, paternalizmu, klientelizmu, przekupstwa, kooptacji, jak i wprowadzając w życie programy edukacyjne czy też rozwojowe przeznaczone dla klas niższych. Umiała także iść na ustępstwa wobec wielkiego kapitału. Po 1982 r. pod wpływem neo-kapitalistycznego przyspieszenia i rozpoczynającej na świecie swój triumfalny pochód fali tatcheryzmu i reaganizmu opowiedziała się jednak jednoznacznie po stronie kapitału.

Podobnie jak w Polsce wkroczenie na drogę reform rynkowych i odejście od „ręcznie sterowanej” gospodarki po 1989 r., wyjście z paternalizmu i represyjnego etatyzmu, oraz wejście na drogę „wolnego rynku” wywołało w Meksyku ideologiczny zamęt, w którym łatwo było żonglować różnymi wykluczającymi się ideologiami i stwarzać wrażenie, że należą one do jednego zestawu.

To wtedy narodził się „liberalizm społeczny”, którego głównym ideologiem (aczkolwiek to nie on ukuł to pojęcie) był Carlos Salinas de Gortari prezydent w latach 1988-1994, młody technokrata po studiach na Harvardzie. Jego program miał być syntezą „Reformy” i „Rewolucji” – dwóch historycznych procesów, które odpowiednio w XIX i XX w., ukształtowały Meksyk jaki znamy. Pisał go ręka w rękę z byłymi maoistami jeszcze dwie dekady wcześniej walczącymi z autorytaryzmem PRI. Różniły ich pokoleniowe doświadczenia, ale na początku lat 80. połączyła ślepa wiara w to, że wolny rynek ich wyzwoli.

W swojej książce pod wiele mówiącym tytułem Meksyk, trudny krok w stronę modernizacji, w której jak sam podkreślał tłumaczy swoim dzieciom, wszystkim Meksykanom i przyszłym pokoleniom sedno swojego projektu modernizacyjnego poświęcił „liberalizmowi społecznemu” cały osobny rozdział. Z jego pomocą chciał „w przełomowych czasach” zewrzeć szeregi świata pracy wystawionego na huraganowe reformy wolnorynkowe, które realizował jego gabinet – zyskać ludowe poparcie i dać legitymację swojej polityce. Za największych wrogów tego projektu uważał „populistów” i „neoliberałów”.

Zafascynowany przykładem polskiego związku zawodowego i skupionego wokół niego ruchu społeczno-politycznego stworzył Narodowy Program Solidarności (Programa Nacional de Solidaridad, PRONASOL) sztandarowy program walki z biedą, który miał być emanacją idei „liberalizmu społecznego”. W rzeczywistości była to sieć politycznej kontroli i manipulacji. Jej sukces był jednak tak ogromny, że technokraci z PRI całkiem na serio rozważali możliwość zmiany nazwy „PRI”, na „Solidaridad”.

Salinas przekonywał, że rozwiązanie starego konfliktu kapitał-świat pracy leży w nowym porządku gospodarczym: deregulacji, prywatyzacji i że epoka wolnego rynku będzie epoką wolną od konfliktów, za które winę ponosił stary etatyzm. Co prawda mówił o przewodniej roli państwa w tworzeniu wspólnoty – to ono było operatorem jego idei, - ale jednocześnie je rozmontowywał i wyprzedawał. Mówił o obronie suwerenności a jednocześnie stopniowo podporządkował Meksyk w całości interesom Waszyngtonu. Mówił o wyzwoleniu przedsiębiorczości Meksykanów, ale zamiast wspierać rodzimy kapitał do Meksyku zaprosił ten „wędrowny” i to jemu stworzył cieplarniane warunki. Upadło wiele małych i średnich firm. Mówił o społecznym solidaryzmie i obronie biednych, ale tak naprawdę zaczął zajmować się tylko załatwianiem interesów wielkiego kapitału. Mimo, że w dokumencie programowym PRI zatytułowanym Liberalizm społeczny, nasza droga podkreślano, że rozwiązaniem problemów Meksyku nie jest ani etatyzm ani neoliberalizm, ale „coś pomiędzy nimi” i mówiono o rodzaju „trzeciej drogi”, bez oglądania się na społeczne koszta podążając tą drugą. Radykalne reformy gospodarcze mające być kluczem do projektu modernizacyjnego Salinasa i umożliwić wprowadzenie Meksyku do elitarnego klubu pierwszego świata nie miały nic wspólnego z solidaryzmem, ale czerpały garściami z neoliberalnej wulgaty konsensu waszyngtońskiego.

Co prawda w trakcie jego sześciolatki inflacja spadła z 159% do 12% (w 1992 r.), deficyt do 17% (w 1987 r.), a PKB rósł na początku lat 90. średnio o 3.9%, ale koszty społeczne tych spektakularnych wyników makroekonomicznych były ogromne. Bezrobocie osiągnęło 18%; częściowe bezrobocie dotknęło między 25% a 40% ludności. Średnia płaca straciła zdolność nabywczą o 2/3 w 1991 w porównaniu z rokiem 1982. 70% rodzin nie było w stanie wykupić „koszyka podstawowego”. Ze szczytów władzy patrzono na to jak na konieczne i nieuniknione „straty uboczne” na drodze do „nowoczesności” i powszechnego dobrobytu.

Meksyk wychodząc z epoki represyjnego etatyzmu wskoczył „bez trzymanki” w nowe czasy. Przed neoliberalnym skrętem PRI umiejętnie kontrolowała zarówno klasy niższe jak i kapitalistów. Ci pierwsi stanowili dla reżimu naturalną i stałą „bazę poparcia” a wielki kapitał, mimo że państwo rezerwowało sobie monopol w wielu sektorach po cichu otrzymywał to na czym mu zależało i w zamian oficjalnie nie mieszał się do polityki.

W 1982 r. gdy zaczęto restrukturyzację prowadzono ją pod hasłem „oddamy społeczeństwu to, co zabrało mu państwo”. W rzeczywistości majątek (banki, firmy państwowe) oddano tylko ściśle wybranej jego części: małej grupce powiązanych z PRI biznesmenów. Stworzono „słabe państwo” takie jakie lubi kapitał. Przejmowało ono na siebie te inwestycje, których nie chcieli finansować prywatni kapitaliści, czy też ponosiło koszty ich porażek, jednocześnie stojąc na straży prywatnych monopoli napędzających olbrzymie fortuny.

Państwo wraz z tym jak samo „traciło na wadze” uwolniło trzymany w paternalistycznych sieciach świat pracy, aby móc swobodnie zająć się załatwianiem interesów kapitału i promocją własności prywatnej. Dłuższe trzymanie go w stanie zależności było już w nowym kapitalizmie dysfunkcjonalne i wraz z postępującą deindustrializacją rozwiązywano także kontrolę podporządkowanych państwu związków zawodowych. Część świata pracy wyemigrowała do USA. Część zasiliła szeregi armii roboczej maquiladoras – wielkich fabryk-montowni, które miały być wizytówką nowego ładu gospodarczego. Większa część jednak trwale znalazła się na marginesie rynku pracy i przeszła do „szarej strefy”.

Retoryka liberalizmu społecznego była tutaj jedynie miłym dla ucha dodatkiem do kapitalistycznego „projektu modernizacji”. Zabieg łączący oba te hasła był typowy dla epoki „końca ideologii”, w której granice pojęć bywały umyślnie zacieranie dla stworzenia wrażenia braku alternatyw. Według Salinasa była tylko jedna droga – wiodła ona przez piekło reform a prowadziła do przystąpienia do traktatu o wolnym handlu z USA i Kanadą, NAFTA. Obiecywał on – mimo pierwszych jakże negatywnych skutków wstępnych reform, - że od momentu wejścia do strefy wolnego handlu ceny towarów i usług spadną, płace wzrosną a wszystkim będzie się żyć dostatniej. Nic z tego się nie sprawdziło. Stało się dokładnie odwrotnie.

Nieograniczona swoboda gospodarowania dla kapitału zagranicznego, bezpośrednie inwestycje, masowa prywatyzacja doprowadziły – jak podkreślają niektórzy ekonomiści – do stworzenia w Meksyku „gospodarki enklawy” oddzielonej nie tylko od reszty gospodarki a zatem nieprzekładającej się na wzrost gospodarczy całego kraju (Meksyk od czasu przystąpienia w 1994 r. do NAFTA notuje średnio jedynie dwuprocentowy wzrost PKB), ale zupełnie odseparowanej od procesów społecznych. Zwykli Meksykanie nie tylko nie skorzystali, ale nie byli w ogóle potrzebni do sukcesu NAFTA. Przeciwnie. Ich „wykluczenie” – skazanie na migrację czy też „wydalenie” do szarej strefy – było wręcz podstawą sukcesu tej strefy wolnego handlu. Dziś Meksyk trzyma się na powierzchni tylko dzięki szarej strefie, dochodom z ropy naftowej i gazu, pieniądzom przysyłanym przez emigrantów, oraz tym pochodzącym z handlu narkotykami, które trafiają w oficjalny obieg.

Społeczeństwo tego kraju od czasu przystąpienia do północnoamerykańskiej strefy wolnego handlu wkroczyło też na drogę ogromnej polaryzacji dochodów. Otworzyły się nożyce pomiędzy coraz to bogatszą mniejszością, a coraz to biedniejszą resztą społeczeństwa. Dziś dochody 80% społeczeństwa są porównywalne z dochodami 10% najbogatszych Meksykanów, natomiast ok. 50 mln. ze 100 mln. populacji żyje w biedzie.

Rekordowo niskie bezrobocie – 3.95% (1,7 mln) – można wytłumaczyć faktem, że tylko w ciągu w ostatnich sześciu lat do USA wyemigrowało aż 3,4 mln Meksykanów to znaczy ponad 8% ogółu siły roboczej – oraz ogromną szarą strefą w której zatrudnienie znajduje aż 19 z 42 mln pracujących, którzy oficjalnie nie figurują jako bezrobotni.

Co prawda polityka tworzenia nowych miejsc pracy od lat jest refrenem każdej kolejnej kampanii wyborczej, ale po ich zakończeniu każda kolejna ekipa zmienia nutę i na powrót chwali wrodzoną przedsiębiorczość tych Meksykanów, którzy zajmują się np. ulicznym handlem czy też innych, którzy skorzy są wyemigrować do USA i w ten sposób „zwiększyć swój kapitał społeczny”. Tymczasem bez nowych miejsc pracy w kraju (mimo przysyłanych pieniędzy czy programów walki z biedą) – jak podkreśla studium Komisji Gospodarczej ds. Ameryki Łacińskiej i Karaibów przy ONZ, (CEPAL) – nie uda się skutecznie zmniejszyć rozmiarów biedy. I tak błędne strukturalne koło – zazębione z zaklętym kręgiem dyskursu – się zamyka.

Żonglowanie przez PRI wykluczającymi się pojęciami doprowadziło także do zmierzchu jej hegemonii. Z jednej strony sama pozbyła się zdyscyplinowanej „bazy poparcia” w postaci świata pracy a wyniku całego łańcuszka społecznej reakcji na neoliberalny” „długi marsz” oraz zaostrzających się wewnątrzpartyjnych sprzeczności przestała być w stanie dłużej utrzymywać się przy władzy i zmuszona została ją przekazać prawicowej Partii Akcji Narodowej, PAN. Po „liberałach społecznych” przyszli liberałowie-populiści. W roku 2000 prezydentem został Vicente Fox, były szef Coca-Coli, czołowy post-polityk rządzący a właściwie zarządzający przez sześć lat krajem tak jakby cały czas trwała kampania wyborcza. Ten już przynajmniej nie udawał, że będzie dbał o pomyślność wszystkich. Jednoznacznie postawił na obronę interesów wielkiego kapitału a język społeczny i troska o ofiary transformacji znikły z polityki i przesunięte zostały w całości do sfery filantropii.

Oczywiście wszystko to, co wydarzyło się w Meksyku miało miejsce w konkretnych warunkach, bardzo dalekich od polskich. Ale doświadczenie i historia tego kraju podpowiadają, że gdy liberałowie zaczynają mówić o „solidarności”, „wspólnocie”, czy też raju dla kapitału i pracy pod jednym dachem, to zwykłemu obywatelowi powinna cierpnąć skóra na grzebiecie. Zwiastuje to, bowiem jedynie przyspieszenie kapitalistycznej transformacji bez oglądania się na koszty społeczne. A cyniczne prowadzenie polityki oksymoronów prędzej uczyni z Polski drugi Meksyk niż Japonię lub Irlandię.

Maciej Wiśniewski


Autor artykułu jest politologiem, korespondentem polskiej edycji Le Monde diploma- tique w Meksyku.

Powrót do początku tekstu